Letni rój.

Sobota. Byłem na targu. Jakże ja tej części pszczelarstwa nie lubię. Po nim zajechałem do stolarza, w końcu łaskawie zrobił daszki. Miały być gotowe w maju, teraz nie są one mi już potrzebne. W zasadzie, gdyby nie fakt, że powstały z mojego materiału, nie odbierałby ich. Będą szukały nowego właściciela. Fajne są, bo ciężkie i cegły wozić nie trzeba, ale wystają poza obrys korpusu – więc do wędrówek odpadają.

Ale nie o tym.

W drodze powrotnej otrzymałem telefon, ze na migdałku w ogrodzie wiszą pszczoły. Trochę nie chciało mi się wierzyć. Rozmówca opisując rój, porównał go do wiadra 10 litrowego. Zatrzymałem samochód. Teraz już mnie mocniej zainteresował. Wrócić musiałem niewiele ponad 5km, skuszony dodatkowo kawą – zaryzykowałem.

Po przybyciu rzeczywiście zobaczyłem wiszące pszczoły. Spokojne, zbite. Przy dotknięciu ruszał się cały, jak jeden organizm.

rój lipcowy

Zapakowałem go w mocno podziurawiony karton. (Jeśli byłbym zabójcą, to za tak poszatkowane ciało dostałbym kilkukrotne dożywocie.) Nieco zroszone pszczoły trafiły na dno, a karton został zaklejony taśmą. Pozostał niecały litr pszczół, wierny konarowi, z lubością co chwilę obsiadający koronę. Czyżbym jednak nie trafił matki? Strząsałem i szukałem.. i nic. Przyniosłem karton bliżej i oparłem o drzewko. Powiększyłem około 20 otworów do około 2mm. Pomogło, pszczoły zaczęły przesiadać się na karton. Powoli. Zrobiłem na dole nieco większy otwór.. zaczęły przeciskać się do środka. Gdzieś blisko grzmiało. Poobserwowałem kilka minut czy nic nie ma ochoty uciekać i zrobiłem jeszcze 4 otwory. Ostatni znacznie większy. Przeciskały się do środka szybko, nie dość jednak szybko, aby zauważyć, że ich ubywa. Pierwsze krople… Zapakowaliśmy karton w skrzynkę, owinęliśmy dziewczyny starą firanką i trafiły na siedzenie pasażera.. ostanie wolne miejsce w aucie.
Wszystko to pozwoliło pszczołom przeżyć transport bez szwanku, mimo całkowitego nieprzygotowania. Na dnie pudełka leżała jedna nieżywa bidula. Rój do małych nie należał, jednak jego waga w kartonie była niemal niezauważalna. Mniemam, że to był tzw.”głodniak”. Lipiec, główny miesiąc pożytków kiedyś, obecnie miesiąc głodu.

Zaraz po przybyciu dostały nowy ul. Z jedną rameczką pokarmu skradzioną z ula obok. Nigdy nie widziałem tak szybko wchodzącego roju. Płynęły niczym wartki potok po letniej burzy, zaczynając co dziwniejsze od tych, które były najwyżej, a nie tych, które były najbliżej wejścia.

20160730_163549

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *